„Strasznie dużo ludzi wokół mnie pragnie Boga. I nie tylko, że im tego nie ułatwiamy, być może nawet komplikujemy im to spotkanie z Bogiem,“ myśli członek rady synodalnej Martin Fojtíček.

Metodyczne prowadzenie w ramach diecezjalnej synody sprawują Hana Oravcová i Martin Fojtíček. Zapytaliśmy ich o trzy pytania dotyczące ich postrzegania diecezjalnej synody i ich roli w niej.

Co dla was osobiście znaczy synoda i dokąd lub do czego powinna nas doprowadzić?

Martin: Synoda oznacza dla mnie wielką szansę na „dojrzenie” mojej wiary. To symboliczny moment w tym, jak przynależę do Kościoła i jak w nim jestem.

Już teraz podczas jej przygotowań uświadamiam sobie, jak bardzo się „tylko wożę”, jak mam wrażenie, że Kościół to przecież głównie „oni”, gdzieś „tam” (na plebaniach, w klasztorach, na kuri, …). Jak automatycznie oczekuję regularnej duchowej obsługi. Jak mam wrażenie, że pieniądze w Kościele zawsze jakoś się znajdą. Jak zostawiam głoszenie radosnej nowiny profesjonalistom kościelnym. Albo tym młodym, których na ich letnich chrześcijańskich obozach na pewno ktoś ładnie nauczy.

A jednocześnie wydaje mi się, że tak wiele osób wokół mnie bardzo pragnie Boga. A my nie tylko, że im tego nie ułatwiamy, ale być może jeszcze komplikujemy im spotkanie z Bogiem.

Hana: Na pierwszy rzut oka przychodzi mi do głowy „ameba”. To organizm z delikatną błoną, który nie ma stałego kształtu. Stale zmienia się w zależności od warunków, a mimo to, lub pomimo tego, potrafi się poruszać do przodu. Podobnie postrzegam synod. Jako proces, który nie ma jasno określonych granic i kształtu. Jego wyraźne kontury kształtują się tu i teraz w zależności od aktualnych wejść i wyjść, które wnoszą wszyscy uczestnicy synodalnych działań. A mimo to wszystko posuwa się do przodu. I tak jak ameba porusza się absolutnie bez wątpliwości tam, gdzie potrzebuje, tak i my musimy maksymalnie zaufać, że kierunek, w którym się w synodzie poruszamy, jest dobry, ponieważ prowadzony przez Boga.

To kreatywne, często zaskakujące, coś, co pewnie nie jest dla osób, które potrzebują mieć wszystko doskonale zaplanowane i zorganizowane. A mnie osobiście podoba się ta zmienność i stały ruch. Bardzo intensywnie to przeżywam w zespole synodalnym.

A dokąd powinna nas doprowadzić synoda? Bardzo bym pragnęła, aby doprowadziła nas do większego zrozumienia między sobą i do większej odpowiedzialności za Kościół i jego przyszłość. Aby zmapowanie rzeczywistości ujawniło mocne i słabe strony w Kościele. Abyśmy mogli uchwycić te słabe strony jako okazję do ustawienia skutecznej i zrównoważonej struktury, która będzie żywym i inspirującym obrazem życia wiary. Te mocne miejsca, abyśmy wykorzystali jako zasoby, na których możemy budować.

Jak przebiega przygotowanie poszczególnych facylitatorów (moderatorów grup podczas zgromadzenia generalnego diecezjalnej synody)? Na co się skupiacie i jaka umiejętność jest według was najważniejsza dla facylitatorów?

Martin: Na razie jeszcze to się nie odbywa.

Z jednej strony wiele z nas już w jakiś sposób ułatwia grupy, w pracy, w kościele itp. Z drugiej strony metoda synodalna wymaga od nas wszystkich czegoś szczególnego: przestać się przepychać i zacząć się porozumiewać. Odrzucić wietrze Ducha Świętego coś nowego w sobie. Wydaje mi się to bardzo ekscytujące i trochę myślę, że nie można nauczyć się tego inaczej, niż próbując to robić (Anglicy mówią „uczyć się przez działanie”).

Ale jako facylitatorzy musimy oczywiście starać się mieć metodę synodalną ja-ty-my przynajmniej trochę w sobie już przed pierwszym wspólnym spotkaniem w Johannistalu. Staramy się o to.

Słyszałem ćwierć wieku temu jeden cytat, podobno autorstwa św. Ignacego, ale do dzisiaj go nie odnalazłem. Mówił mniej więcej o tym, że w relacjach międzyludzkich w końcu powinniśmy dać pierwszeństwo miłości przed prawdą. To jest niewiarygodnie wielkie wyzwanie, zwłaszcza dla tych z nas, którzy są dumni z tego, ile wiedzą, jak szybko myślą, jaką karierę zrobili, jak dużą mają odpowiedzialność itd. My jako facylitatorzy musimy się temu wyzwaniu stawić czoła. I starać się pomóc w procesie synodalnym w jego sile. Jak dokładnie to się robi? Nie wiem! Ale chcę to robić i cieszę się na to.

Hana: Na początku rozmów grup synodalnych z Martinem zorganizowaliśmy krótki warsztat online dla delegatów, a wyniki z niego wykorzystaliśmy w filmie Rady nevyžádané. To materiał wspierający, który mogą wykorzystać także facylitatorzy grup podczas zgromadzenia generalnego diecezjalnej synody. Wykorzystaliśmy doświadczenia, które przyniosła praktyka, i zareagowaliśmy na pytania, refleksje, obawy, ale także sukcesy, które rozmowy przyniosły. Równocześnie we wrześniu odbędzie się przygotowawcze spotkanie facylitatorów, na którym niektóre umiejętności przećwiczymy na żywo i przygotujemy się konkretnie na spotkanie w Johannistalu. Oboje z Martinem na pewno jesteśmy dostępni dla poszczególnych facylitatorów w przypadku potrzeby osobistego wsparcia i porady. Oboje dobrze wiemy, że facylitowanie grup to wymagająca dyscyplina i z jakimi trudnościami może borykać się facylitator. Dlatego bardzo skupiamy się na zachęcie i wsparciu. Może bardziej niż na konkretnych umiejętnościach komunikacyjnych, których profesjonalny facylitator uczy się przez kilka lat w szkoleniu.

Z mojej strony, i wierzę, że Martin by się ze mną zgodził, najważniejszą umiejętnością facylitatora jest zadbanie w procesie o siebie (o swój komfort, o swoje obawy, emocje i sprawy organizacyjne). Kiedy to człowiek potrafi, to znacznie łatwiej radzi sobie z wszelkimi trudnościami podczas dialogu. I do tej umiejętności dodałabym jeszcze zdolność dystansowania się i poczucia humoru. Z nimi nawet największe problemy współczesnego Kościoła nosi się znacznie lżej.

Ważnym elementem diecezjalnej synody jest spotkanie grup z poszczególnymi delegatami i zbieranie opinii. Z czym, według waszych doświadczeń, delegaci borykają się najbardziej i z czego mają z kolei największą radość?

Martin: Już trochę zgubiłem się w uniwersytecie, więc muszę powiedzieć, że na odpowiedzi należy poczekać na podsumowanie, które teraz opracowuje się z wielu zapisów z wiosennych spotkań na kurii. Sam byłem tylko na kilku spotkaniach i rozmawiałem tylko z kilkoma delegatami.

Z mojej perspektywy, dużym tematem jest to, jak wielkie i szybkie zmiany teraz zachodzą w Kościele (i na całym świecie). Ekscytujące jest to, że to, co niektóre osoby w Kościele martwi, dla innych jest radością. I tak radością jest dla mnie to, że nie zamykamy oczu, nazywamy to i chcemy o tym rozmawiać.

Po prostu uważam, że synoda nie może na nas leżeć jak koc. To wspaniała okazja, gdzie – jeśli my także trochę się weźmiemy w garść – nasza radość z Boga może zabłysnąć.

Hana: Ogólnie myślę, że wielu delegatów, ale też uczestników grup, bardzo martwi obawa, że wyniki, które z ich pracy i myślenia wyjdą, będą ostatecznie schowane do szuflady i nic się z nimi nie stanie. Nie mogą chyba całkowicie dostrzegać tego ogromu pracy, która stoi za przetwarzaniem danych, za myśleniem, którym kierunki konkretne obrać dalej. Z kolei radość u nich dostrzegam z możliwości zaangażowania się w myślenie, uczestnictwo w rozwoju diecezji, a czasem także tylko z tego, że ktoś po prostu chce ich wysłuchać.

Z perspektywy procesu facylitacji grup bywa wyzwaniem ogarnięcie dyscypliny poszczególnych uczestników, aby dialog był konstruktywny i szanujący, nieoceniający, ale przeciwnie, wzajemnie inspirujący i wzbogacający. A potem na pewno trzecia faza – rozróżnianie w Duchu Świętym. Nie jest łatwo nazywać to, co jest naprawdę ważne i ma szerszy charakter, a co są tylko nasze osobiste potrzeby, jakkolwiek silnie je w danej chwili odczuwamy.

Ostatnia rzecz, która przychodzi mi na myśl, to taki bat, który sami sobie często zakładamy. Mam na myśli potrzebę absolutnej doskonałości, która potem może nas krępować w obawie, że nie osiągniemy stuprocentowego wyniku jako facylitatorzy i czegoś przypadkiem nie zepsujemy. Zawsze wtedy przypominam sobie stronę trzynastą Metodycznego przewodnika dla delegatów synodalnych.